Pacjenci psychiatryczni to normalni ludzie

Kiedy jechałam do szpitala psychiatrycznego, najbardziej bałam się innych pacjentów. Nie lekarzy. Nie leków. Nie diagnozy. Pacjentów. To nie jest coś, z czego jestem dumna, ale byłabym nieuczciwa, gdybym napisała inaczej. Przez całe życie nasiąkałam tymi samymi stereotypami co większość ludzi. Pacjent psychiatryczny był dla mnie kimś „innym”. Kimś nieprzewidywalnym.
Kimś, kto mówi do siebie.
Kimś, kto może zrobić krzywdę sobie albo innym.

A potem sama trafiłam na zamknięty oddział psychiatryczny. Dwa tygodnie po cesarskim cięciu. Z psychozą poporodową. I nagle okazało się, że według świata to ja jestem „pacjentką psychiatryczną”. Problem polegał na tym, że nadal czułam się sobą. Nadal byłam tą samą kobietą, która kilka tygodni wcześniej planowała wyprawkę dla dziecka, pracowała zawodowo, analizowała wyniki badań, czytała książki i chodziła na zakupy. Nie czułam się „wariatką”. Czułam się człowiekiem, któremu przydarzyła się choroba.

I wtedy zaczęłam patrzeć na innych pacjentów trochę inaczej.
Była Pani Danusia, która codziennie o piątej rano machała mi przez małe okienko w drzwiach. Byłyśmy chyba jedynymi osobami na oddziale, które uważały tę porę za rozsądną godzinę pobudki. W miejscu pełnym diagnoz, leków i kryzysów codziennie dostawałam od niej zwykłe ludzkie „dzień dobry”. Była przez pewien czas moją współlokatorką i mimo dużej różnicy wieku – bardzo się zżyłyśmy. Cierpiała na schizofrenię.

Była też dziewczyna czekająca na miejsce w DPS-ie. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Któregoś dnia powiedziała, że żyje z pieniędzy podatników. Pamiętam, że bardzo mnie to wtedy zdenerwowało. Ja tęskniłam za pracą, za laboratorium, za niezależnością i możliwością działania. Nie mogłam doczekać się powrotu do swojego życia. A ona wydawała się z tym wszystkim pogodzona. Dzisiaj myślę, że nie znałam jej historii. Nie wiem, przez co przeszła ani ile razy próbowała stanąć na nogi. Wiedziałam tylko tyle, że siedziała przy tym samym stole co ja i tak samo jak ja próbowała przeżyć kolejny dzień.

Była też kobieta, która przyszła podziękować mi za krem do rąk. Nie za uratowanie życia. Nie za wielką przysługę. Za krem. I właśnie takie rzeczy najbardziej zapamiętałam z psychiatrii. Nie diagnozy. Nie leki. Tylko drobne akty zwykłej ludzkiej życzliwości.

Była też pacjentka, która pomogła mi przyjąć pierwszą tabletkę. Nie lekarz. Nie psycholog. Pacjentka. Ktoś, kto siedział po tej samej stronie barykady i przeszedł przez własny kryzys. Jej historia przekonała mnie bardziej niż wszystkie medyczne argumenty. Opowiedziała mi o swojej nieleczonej depresji poporodowej, która jej się przytrafiła 30 lat temu…

Były też kobiety, o których nie wiem prawie nic. Codziennie mijały mnie na korytarzu, jadły śniadania kilka stolików dalej, brały leki i wracały do swoich łóżek. Nie opowiadały swoich historii. Nie tłumaczyły się. Nie chciały być bohaterkami cudzych opowieści. I dopiero później zrozumiałam, że mają do tego pełne prawo. Nie każdy musi opowiadać o swoim cierpieniu. Nie każdy musi uzasadniać swoją obecność na oddziale psychiatrycznym. Nie każdy musi tłumaczyć się ze swojej choroby.

Na oddziale było też kilka kobiet po porodzie. Nie wszystkie miały psychozę. Niektóre zmagały się z ciężką depresją.

Patrzyłam na nie i widziałam coś, czego wcześniej nie rozumiałam. Jak cienka jest granica między szczęśliwym zdjęciem noworodka publikowanym w mediach społecznościowych a ogromnym cierpieniem przeżywanym w czterech ścianach.

Społeczeństwo lubi opowieści o macierzyństwie. Ale najczęściej tylko te szczęśliwe… Na oddziale spotkałam kobiety, które pokazywały drugą stronę tej historii.

Zmęczenie.

Poczucie winy.

Lęk.

Bezsenność.

Depresję.

I ogromne poczucie wstydu, że nie czują tego, co według wszystkich powinny czuć młode matki. To właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłam, jak wiele kobiet cierpi po porodzie w ciszy.

I jak bardzo potrzebujemy o tym mówić.

Największym zaskoczeniem mojego pobytu nie była jednak żadna konkretna pacjentka. Największym zaskoczeniem było odkrycie, że pacjenci psychiatryczni nie są żadną osobną kategorią ludzi. To nie są „oni”. To jesteśmy my. Nauczyciele, programiści, matki, ojcowie, studenci, emeryci i pracownicy laboratoriów. Ludzie, którzy jeszcze kilka tygodni wcześniej prowadzili zwyczajne życie, a potem wydarzyło się coś, czego nie udźwignęli.

Choroba psychiczna nie wybiera ludzi mniej inteligentnych. Nie wybiera ludzi słabszych. Nie wybiera ludzi gorszych. I właśnie dlatego tak łatwo uwierzyć, że przydarza się tylko komuś innemu. Ja też w to wierzyłam. Aż do dnia, w którym sama usiadłam po drugiej stronie drzwi zamkniętego oddziału psychiatrycznego i odkryłam, że pacjenci psychiatryczni są dokładnie tacy sami jak wszyscy inni.

Po prostu w pewnym momencie życia potrzebowali pomocy bardziej niż większość z nas.