Przez długi czas myślałam, że największym przeciwnikiem podczas mojej hospitalizacji był system. Dzisiaj wiem, że miałam rację. Problem polegał na tym, że wtedy nie umiałam odróżnić systemu od ludzi, którzy próbowali w nim pracować. Doktor Kajetan miał pecha być człowiekiem siedzącym naprzeciwko mnie. To jemu przez kilka godzin tłumaczyłam, że wszystko tutaj jest chore.

Że dzieją się rzeczy, o których nawet nie chcę dziś pisać zbyt szczegółowo.
Że to nie jest miejsce dla kobiety dwa tygodnie po cesarskim cięciu. To, że muszę prosić o leki przeciwbólowe jak dziecko proszące o pozwolenie. To, że personel traktuje mnie przede wszystkim jak pacjentkę psychiatryczną, a dopiero potem jak kobietę po porodzie. Że nie mam gdzie odciągać pokarmu. Że nie mam prywatności. Że jestem przetrzymywana pod przymusem. Że system psychiatrii jest niewydolny. Że państwo zostawiło pacjentów samych sobie.

I on tego wszystkiego słuchał.
Dzisiaj myślę o tym z pewnym zawstydzeniem.
Bo wykrzykiwałam mu w twarz rzeczy, które on prawdopodobnie wiedział dużo lepiej ode mnie.
Wtedy wydawało mi się, że odkrywam przed nim prawdę.

Dzisiaj wiem, że on żył w tej prawdzie każdego dnia.

Ja wtedy myślałam, że walczę z systemem. A on walczył o mnie.

To są dwie różne rzeczy. Ja chciałam wyjść. On wiedział, że muszę zostać.

Ja uważałam, że myślę wyjątkowo jasno. On widział, że mój mózg pracuje z prędkością, która zaczyna być niebezpieczna.

Ja byłam przekonana, że po prostu potrzebuję się wygadać. On wiedział, że przede wszystkim potrzebuję leczenia.

Najbardziej uderzyło mnie to później, kiedy pisałam do niego list (którego nigdy nie otrzymał). Napisałam wtedy, że czuję potrzebę przeproszenia go za to, że przez kilka godzin mówiłam mu rzeczy, które doskonale wiedział (ponieważ trafiłam w Internecie na Jego wystąpienie na Komisji Zdrowia – fragment wystąpienia na końcu). Że system jest niewydolny. Że psychiatria funkcjonuje w warunkach, których często nie da się obronić. Że pacjenci trafiają w miejsca, które bardziej przypominają przetrwalnie kryzysu niż nowoczesne szpitale. Napisałam też coś jeszcze. Że chcę mu podziękować za to, że mnie nie wypuścił. To zdanie bardzo ciężko przechodzi mi przez gardło, bo wtedy byłam przekonana, że robi mi krzywdę.

Dzisiaj wiem, że ratował mi życie.

Nie próbował się bronić.
Nie tłumaczył systemu.
Nie obrażał się.
Nie kazał mi być wdzięczną.
Po prostu słuchał.
A jednocześnie wiedział coś, czego ja nie wiedziałam.

Wiedział, że naprawdę potrzebuję pomocy.
Po mojej stronie wyglądało to inaczej.
Ja uważałam, że myślę wyjątkowo jasno.
Że po prostu wreszcie ktoś chce mnie wysłuchać.
Że skoro potrafię logicznie opowiadać o swoim życiu, to przecież nie mogę być aż tak chora.
Dopiero później zrozumiałam, że właśnie dlatego potrzebowałam leczenia.
Bo moje myśli były jednocześnie bardzo uporządkowane i całkowicie wymykające się spod kontroli.
Przez prawie trzy godziny opowiadałam historię swojego życia.

A on cierpliwie próbował pomóc mi znaleźć w niej nie wszystkie odpowiedzi.
Tylko najważniejsze pytania.
Dzisiaj wiem też coś jeszcze.

On nie walczył ze mną dlatego, że lubił procedury.
Nie zatrzymał mnie na oddziale dlatego, że chciał mieć święty spokój.
Nie odmówił wypisu dlatego, że był bezduszny.

Nie dał się.

Tak samo jak wcześniej nie dał się mój mąż.
Pamiętam, jak próbowałam wymusić na nim obietnicę, że nie pozwoli mnie zamknąć w szpitalu psychiatrycznym.
Chciałam usłyszeć, że mnie stamtąd zabierze.
Że mnie uratuje.
Że stanie po mojej stronie.
Nie zrobił tego.
I wtedy byłam na niego zła.
Dzisiaj jestem mu za to wdzięczna.
Doktor Kajetan też się nie dał.

Oboje wiedzieli, że muszę zostać.

Nie dlatego, że oddział był dobrym miejscem. Wręcz przeciwnie. Wiedział, że warunki są złe. Myślę, że czasami nawet było mu z tego powodu zwyczajnie przykro. Ale wiedział również, że zdrowie psychiczne jest ważniejsze niż pokój laktacyjny, łazienka czy stan techniczny budynku.
Ja wtedy tego nie rozumiałam. Słyszałam tylko lekarza, który mówił mi, że są tam dobrzy specjaliści. I nie wierzyłam mu.
Bo jak uwierzyć człowiekowi, który pracuje w tym miejscu? Wydawało mi się, że broni własnego szpitala. Dzisiaj wiem, że po prostu mówił prawdę. Przekonałam się o tym dopiero później.

Najbardziej porusza mnie jednak coś innego.
To, że mimo wszystkich ograniczeń próbował stworzyć mi namiastkę normalności.
Dla większości ludzi pokój psychologa to po prostu pokój psychologa.
Dla mnie stał się pokojem laktacyjnym.
Miejscem, gdzie mogłam na chwilę zamknąć drzwi.
Pobyć sama.
Odciągnąć pokarm.
Zapłakać.
Poczuć się choć odrobinę jak człowiek, a nie tylko pacjentka.
To były drobiazgi.
Ale właśnie z takich drobiazgów składało się wtedy moje poczucie godności.

Dziś, kiedy wracam myślami do tamtej nocy, nie pamiętam już wszystkich szczegółów rozmowy.
Pamiętam za to coś znacznie ważniejszego.
Człowieka, który widział jednocześnie dwa problemy.
Mój.
I problem systemu.

Nie był w stanie naprawić żadnego z nich, ale zrobił wszystko, co było możliwe w granicach tego, co miał.
A czasem właśnie tak wygląda ratowanie życia.

Nie spektakularnie.

Nie filmowo.

Po prostu siedząc naprzeciwko człowieka przez kilka godzin i nie pozwalając mu odejść wtedy, kiedy odejść nie powinien.
Dzisiaj myślę, że nie uratował mnie wyłącznie lek. Nie uratowały mnie procedury. Nie uratował mnie system. Uratowali mnie ludzie, którzy mimo wszystkich wad tego systemu postanowili zrobić trochę więcej, niż wymagał od nich regulamin. I jednym z tych ludzi był właśnie doktor Kajetan.

Jeśli doktor kiedykolwiek to przeczyta: Dziękuję. Za to uratował mi Pan życie mając pod opieką kilkuset innych pacjentów. Nie zmarnował Pan wtedy swojego czasu.

Fragment publicznego wystąpienia doktora Kajetana:

“Z racji wykonywanego zawodu na co dzień jestem świadkiem ludzkiego cierpienia. Cierpienia wynikającego z chorób psychicznych, życiowych kryzysów, ale i cierpienia, którego dokłada pacjentom sam system, w którym przyszło nam pracować. System, który zamiast zapewnić pacjentom poczucie bezpieczeństwa, powoduje, że pacjenci z nasilonym lękiem, myślami samobójczymi muszą leżeć na leżance pod ścianą w korytarzu przepełnionego szpitala. System, który dyskryminuje pacjentów psychiatrycznych i zwyczajnie stwarza zagrożenie dla ich życia i zdrowia, nie zapewniając im realnego dostępu do podstawowych badań diagnostycznych, konsultacji specjalistycznych, wydłużając czas oczekiwania na interwencję lekarza w godzinach dyżurowych. System, który jest przejawem braku szacunku dla zdrowia pacjentów i igra z ich życiem, bo jak inaczej można nazwać sytuację, w której 1 lekarz rezydent ma pod opieką 300, a w skrajnych przypadkach nawet 600 pacjentów? My nie leczymy wycinka medycyny, nie leczymy izolowanych jednostek chorobowych, tylko całego człowieka. Nie po to jesteśmy kształceni jako lekarze, żeby później, kiedy robimy wszystko, żeby pomóc pacjentowi, system wiązał nam ręce, zmuszał do uprawiania medycyny polowej, nie zapewniając nam absolutnie podstawowych narzędzi pracy. To nie są standardy godne 20. gospodarki na świecie.