Po 6 dniach zostaliśmy wypisani ze szpitala po porodzie i szczęśliwi wróciliśmy do domu. To jak rozwijała się psychoza zostawiam na oddzielny wpis, który muszę przemyśleć, ponieważ wspomnienia są zatarte. A że są to wspomnienia chorego umysłu, to muszę je skorygować o rzetelne informacje od Męża i Rodziny.
***
To nie było tak, że nagle „zwariowałam” i ktoś mnie siłą zawiózł do psychiatryka.
Wręcz przeciwnie.
To ja chciałam pomocy. Szukałam jej…
Pierwszą osobą, która zauważyła, że coś jest nie tak, był lekarz ginekolog w szpitalu, w którym rodziłam. Ten sam, który przyjmował mnie na oddział przed cesarskim cięciem. Trafiliśmy tam ponownie po porodzie na zdjęcie szwów i z powodu bardzo silnego bólu brzucha. To właśnie wtedy lekarz, rozmawiając ze mną i z moim mężem, zauważył zmiany w moim zachowaniu i zasugerował konsultację psychiatryczną z podejrzeniem psychozy poporodowej.
Pamiętam, że to słowo wtedy kompletnie do mnie nie trafiało.
Psychoza kojarzyła mi się z czymś skrajnym. Z utratą kontaktu z rzeczywistością. Z ludźmi, którzy nie wiedzą kim są i gdzie się znajdują.
A ja przecież rozmawiałam logicznie.
Może trochę za szybko.
Może trochę za dużo.
Może praktycznie bez zatrzymywania.
Ale nadal wydawało mi się, że kontroluję sytuację.
To była sobota. W niedzielę nie było praktycznie żadnych dostępnych terminów psychiatrycznych, więc na poniedziałek umówiłam prywatną wizytę.
Lekarz psychiatra rozmawiał ze mną około godziny. Po tej rozmowie stwierdził, że to kryzys emocjonalny po traumatycznym porodzie (to był pierwszy raz, gdy ktoś mi pomógł uświadomić, że poród był dla mnie traumą). Zalecił odpoczynek, leżenie w domu, opiekę tylko nad dzieckiem (mąż miał zająć się domem), relaks i „robienie sobie przyjemności”.
I wiecie co?
Bardzo się wtedy ucieszyłam.
Naprawdę.
Pomyślałam:
„To nic poważnego.”
Chciałam w to uwierzyć.
Więc próbowałam stosować się do zaleceń. Jadłam więcej. Spałam więcej. Pojechałam na zakupy.
Tylko że „więcej” nadal oznaczało zdecydowanie za mało.
A mój mózg nadal pędził.
Dwa dni później przyszła do nas położna środowiskowa. Wysłuchała mojego monologu. Wtedy mówiłam praktycznie bez końca. Jedna myśl uruchamiała kolejną. Analizowałam wszystko.
I ta położna powiedziała coś bardzo ważnego. Że powinnam skonsultować się jeszcze z kimś innym. Dała mi nazwiska lekarzy zajmujących się konkretnie zaburzeniami psychicznymi związanymi z ciążą i połogiem. I chyba pierwszy raz poczułam wtedy, że ktoś naprawdę rozumie, że to może być coś więcej niż „trudny połóg”.
Bo prawda jest taka, że my już widzieliśmy, że coś jest nie tak. Mnie samej nie podobało się to, jak funkcjonuję.
Nie podobał mi się pęd myśli.
Nie podobało mi się tempo mojego mówienia.
Nie podobało mi się życie w ciągłym rozpędzeniu.
Nie podobało mi się to, co czytałam w internecie o psychozie. Że może skończyć się tragicznie…
Zadzwoniłam do wskazanej przychodni. Oczywiście nie było terminów. Pamiętam, że powiedziałam recepcjonistce:
– To jest kwestia życia i śmierci. Bardzo proszę zapytać panią doktor, czy mogłaby mnie przyjąć szybciej.
Konsultacja się odbyła. Online.
Po rozmowie psychiatra powiedziała wprost, że są to epizody maniakalne i powinnam udać się do szpitala psychiatrycznego.
Dostałam skierowanie.
I pamiętam bardzo wyraźnie, że zapytałam:
– Do którego szpitala mam jechać jako kobieta po porodzie, dwa tygodnie po cesarskim cięciu?
Bo wtedy nadal bardziej myślałam o połogu niż o psychiatrii. Doktor wskazała mi konkretny szpital w Warszawie, w którym powinni zaopiekować się mną położniczo-psychiatrycznie.
Spakowałam się świadomie do szpitala psychiatrycznego.
Naprawdę świadomie.
Wzięłam swoje ulubione kosmetyki. Ubrania. Laktator. Spakowałam oddzielnie leki i kable, bo domyślałam się, że nie będę mogła ich mieć przy sobie… (jak się później okazało, nie mogłam mieć ze sobą wielu innych rzeczy…). Byłam przekonana, że spędzę tam może kilka dni obserwacji, odpocznę i wrócę do domu. Szczerze mówiąc, bardziej spodziewałam się leczenia ambulatoryjnego niż hospitalizacji.
Pojechaliśmy na izbę przyjęć wskazanego szpitala.
I zostaliśmy odesłani do domu.
Bez konsultacji psychiatrycznej.
Bez realnej pomocy.
Do dziś trudno mi o tym mówić spokojnie.
Wróciłam do domu z podejrzeniem psychozy poporodowej, po dwóch prywatnych konsultacjach psychiatrycznych. Wiecie… do domu, w którym był 2-tygodniowy noworodek. A później w wiadomościach mówią o tych strasznych historiach… A JA POSZŁAM DO SZPITALA ZE SKIEROWANIEM I SPAKOWANĄ WALIZKĄ PROSZĄC O POMOC. Czy ten system nie jest INWALIDĄ?!?!?!
System po prostu powiedział: „radźcie sobie sami.”
Byłam załamana.
Nie dlatego, że ktoś mnie chciał zatrzymać.
Tylko dlatego, że nikt nie chciał…
Pamiętam dokładnie to poczucie:
„Ja naprawdę proszę o pomoc i nikt nie chce mi jej dać.”
Nazwy szpitala nie podaję, bo sprawę planuję zgłosić do Rzecznika Praw Pacjenta.
Ostatecznie pojechaliśmy do innego szpitala. Tym razem już stricte psychiatrycznego. Bez oddziału położniczego. Bez przygotowania na kobietę w połogu.
Nie miałam pojęcia, co mnie tam czeka.
Po konsultacji na izbie przyjęć lekarze powiedzieli, że przyjmują mnie na oddział. Konsultacja nie była długa. Uczestniczył w niej lekarz specjalista i Pani Rezydentka.
I wtedy wydarzyło się coś absurdalnego.
Popłakałam się ze szczęścia.
Bo pierwszy raz od wielu dni miałam poczucie, że ktoś w końcu chce mi pomóc.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że podpisanie zgody na przyjęcie do szpitala psychiatrycznego wcale nie oznacza, że później tak łatwo można tę zgodę wycofać…
Ale nadal wydawało mi się, że kontroluję sytuację…
Zaprowadzili mnie na oddział. Nigdy wcześniej nie miałam kontaktu z takim szpitalem i z osobami chorymi psychicznie. Zabrali mi kable, szklane kosmetyki, leki. Wszystko czym można sobie zrobić krzywdę. I nie chodziło tylko o mnie, ale również o innych pacjentów, którzy mogą posłużyć się asortymentem mojej walizki.
Pamiętam też pierwsze zderzenie z samym oddziałem.
Na izbie przyjęć usłyszałam, że zapewniają dobre warunki lokalowe. A potem zobaczyłam stare podłogi, wieloosobowe sale, wspólną łazienkę bez zamka, okna bez klamek… i budynek, który bardziej przypominał miejsce do przetrzymywania niż leczenia.
Pomyślałam tylko:
„Co ja zrobiłam.”
I jeszcze jedno:
„Muszę się stąd wydostać jak najszybciej.”
Lekarz próbował tłumaczyć, że są oddziały w gorszym stanie. Że dostałam najlepsze miejsce, jakie mieli.
Ale wtedy nie miało to znaczenia.
Bo kiedy człowiek trafia na zamknięty oddział psychiatryczny, nie widzi statystyk ani organizacji systemu.
Widzi tylko to, że jego życie właśnie rozpadło się na dwie części.
Przed.
I po…
Najgorzej było wtedy, kiedy dotarło do mnie, że nie mogę po prostu wyjść.
Jeszcze chwilę wcześniej byłam przekonana, że jeśli sytuacja okaże się nie do zniesienia, wypiszę się na własne żądanie i wrócę do domu. To dawało mi resztki poczucia kontroli. Tak naprawdę trzymałam się tej myśli od momentu wejścia na oddział. Bo pierwsze wrażenie było brutalne. Wszystko wydawało się obce i przygnębiające. Nie wyglądało jak miejsce zdrowienia. Bardziej jak miejsce, z którego trudno będzie wyjść.
Pamiętam, że patrzyłam na te sale i czułam narastającą panikę. Miałam wrażenie, że popełniłam ogromny błąd. Że nie powinnam była tam przyjeżdżać.
Myśl „muszę się stąd wydostać” cały czas głęboko tkwiła w mojej głowie.
Powiedziałam lekarzowi wprost, że te warunki są fatalne. Że nie rozumiem, jak można mówić pacjentom o „dobrych warunkach”, pokazując im sześć łóżek w jednej sali i budynek wyglądający jak zatrzymany kilkadziesiąt lat temu.
On odpowiedział spokojnie, że są miejsca w znacznie gorszym stanie i że dostałam najlepsze warunki, jakie mieli w tamtym momencie. Ale ja już tego właściwie nie słyszałam.
W głowie miałam tylko jedno: wyjść.
Powiedziałam, że chcę wypisać się na własne żądanie. Dosłownie w pierwszych 10 minutach pobytu na oddziale złożyłam taki wniosek na wyrwanej z zeszytu kartce. Chciałam mieć wszystko na piśmie. Mózg funkcjonował za szybko, żeby szukać informacji w Internecie, więc zadzwoniłam do na Infolinię Rzecznika Praw Pacjenta aby poznać swoje prawa (w ogóle to infolinia jest świetna).
I wtedy pierwszy raz naprawdę dotarło do mnie, czym jest oddział zamknięty.
Na infolinii wyjaśniano mi, że w sytuacji, w której uznano, że mój stan może zagrażać mnie samej albo że moje funkcjonowanie jest poważnie zaburzone, szpital może zatrzymać mnie bez mojej zgody. Taka decyzja nie kończy się jednak wyłącznie na opinii jednego lekarza — musi zostać formalnie uzasadniona, opisana w dokumentacji i podlega kontroli sądu. Usłyszałam o obserwacji psychiatrycznej, o badaniach, o tym, że sąd zostanie poinformowany o przyjęciu bez zgody i że pacjent ma określone prawa: może składać wyjaśnienia, mieć kontakt z bliskimi, rozmawiać z rzecznikiem praw pacjenta psychiatrycznego.
Słuchałam tego wszystkiego jak przez szybę… Opowiedziałam też, że jestem pacjentem w połogu i nie mam tutaj warunków na zdrowienie… Potrzebuję częściej i dłużej korzystać z łazienki, dbać o ranę po cięciu, odciągać mleko w intymnych warunkach, wietrzyć ranę, wietrzyć sutki, podmywać się częściej niż przeciętna kobieta na oddziale. Byłam 2 tygodnie po porodzie…
Myślałam, że rzecznik wysłucha mnie, oburzy się na warunki i powie:
– Oczywiście, zaraz coś z tym zrobimy.
Tymczasem rzeczywistość okazała się dużo bardziej skomplikowana.
Rozmowa była spokojna. Rzecznik tłumaczyła mi moje prawa: możliwość kontaktu z rodziną, możliwość składania skarg, kontrolę sądu nad przyjęciem bez zgody, prawo do informacji i leczenia.
Ale jednocześnie bardzo wyraźnie wyczułam coś jeszcze.
Bezsilność systemu.
To nie była rozmowa z kimś, kto może nagle stworzyć lepsze warunki albo magicznie zmienić rzeczywistość oddziału.
Raczej z człowiekiem, który funkcjonuje wewnątrz tego samego przeciążonego systemu i próbuje pilnować, żeby pacjent nie został całkowicie pozbawiony podmiotowości.
I chyba pierwszy raz naprawdę usłyszałam wtedy coś ważnego:
że moje reakcje są zrozumiałe.
Nie „przesadzone”.
Nie „histeryczne”.
Nie „wynikające wyłącznie z choroby”.
Po prostu ludzkie.
Rzecznik nie próbowała mnie przekonywać, że oddział jest komfortowy. Nie próbowała udawać, że system działa idealnie. Raczej mówiła wprost, że psychiatria w Polsce bardzo często funkcjonuje w warunkach dalekich od godnych i że personel też często pracuje ponad możliwości.
To było dla mnie bardzo dziwne doświadczenie.
Bo nagle zaczęłam widzieć, że po drugiej stronie też są ludzie funkcjonujący w systemie, nad którym często sami nie mają pełnej kontroli.
Jednocześnie ta rozmowa uświadomiła mi coś jeszcze.
Jak bardzo człowiek na oddziale psychiatrycznym potrzebuje choć minimalnego poczucia wpływu.
Możliwości zamknięcia drzwi.
Możliwości pobycia chwilę samemu.
Możliwości zdecydowania, kiedy wziąć lek przeciwbólowy.
Możliwości normalnego odciągnięcia mleka po porodzie bez poczucia upokorzenia.
W psychiatrii bardzo łatwo odebrać człowiekowi podmiotowość „dla jego dobra”.
I ja rozumiałam, że lekarze naprawdę próbowali mi pomóc.
Ale organizm i psychika jednocześnie krzyczały:
„chcę odzyskać kontrolę nad choć jednym elementem własnego życia.”
Myślę, że właśnie dlatego ta rozmowa z rzecznikiem była dla mnie ważna.
Nie dlatego, że nagle coś zmieniła.
Tylko dlatego, że pierwszy raz ktoś potraktował moje poczucie upokorzenia i utraty kontroli nie jak objaw, ale jak realne doświadczenie człowieka – kobiety w połogu na oddziale bez warunków na przeżywanie połogu.
Ale najważniejsze wtedy było coś innego: straciłam możliwość wyjścia...
Nagle drzwi przestały być zwykłymi drzwiami.
To było bardzo dziwne doświadczenie psychiczne — wiedzieć, że fizycznie można do nich podejść, ale jednocześnie rozumieć, że nie wolno ich przekroczyć.
Myślę, że właśnie wtedy poczułam prawdziwy lęk.
Gdy zrozumiałam, że moja zgoda przestała być decydująca.
I że inni ludzie uznali, że w tym momencie bardziej ufają swojej ocenie mojego stanu niż mojej własnej. Po złożeniu wniosku o wypis lekarz odbył ze mną długą rozmowę. Zapytał co mnie sprowadza, dlaczego chcę wyjść. Zapytałam go: A ile ma Pan czasu?
Odpowiedział: „Może pani mówić tyle, ile pani potrzebuje.”
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż przyjęcie na oddział.
Nie brzmiało jak procedura.
Nie brzmiało jak pośpiech.
Nie brzmiało jak kolejny lekarz, który za chwilę spojrzy na zegarek.
Pierwszy raz od bardzo dawna miałam poczucie, że ktoś chce mnie wysłuchać, a nie tylko zakwalifikować.
I wtedy coś się otworzyło.
Zaczęłam mówić.
Za szybko.
Za dużo.
Myśli pędziły jedna za drugą — bez kolejki, bez wyraźnego sensu, a jednocześnie z jakimś wewnętrznym porządkiem, który widziałam tylko ja.
Jakby ktoś otwierał kolejne szuflady w mojej głowie.
Jedno wspomnienie uruchamiało następne.
Jedno „dlaczego” rodziło kolejne „dlaczego”.
Im dalej sięgałam pamięcią, tym mniej rozumiałam.
Miałam wrażenie, że mogę opowiedzieć całe swoje życie. Albo przynajmniej jego dużą część. I że jeśli tylko będę mówić wystarczająco długo, w końcu znajdę początek problemu.
Ten jeden moment.
To jedno wydarzenie.
To jedno pęknięcie, od którego wszystko się zaczęło.
Ale zamiast porządku robiło się więcej chaosu.
Coraz więcej warstw.
Coraz więcej początków.
Lekarz prawie mi nie przerywał.
Patrzył na mnie i słuchał. Naprawdę słuchał.
Na początku pozwalał mi płynąć. Mówiłam szybko, ale składnie. Zdania miały sens. Trzymały się chronologii. Wszystko wyglądało tak, jakbym miała nad tym kontrolę.
Albo jakbym tylko bardzo chciała, żeby tak wyglądało.
Dopiero później zaczął mnie delikatnie hamować. Nie pozwalał mi wchodzić zbyt głęboko w szczegóły. Jakby pilnował granicy, której sama już nie widziałam.
Czułam jednocześnie euforię i napięcie.
Euforię, bo mogłam wreszcie mówić bez zatrzymywania.
Napięcie, bo cały czas miałam w głowie, że to zaraz się skończy. Że ktoś go wezwie. Że przypomni sobie o innych pacjentach. Że przestanie słuchać.
Bo dokładnie tak wyglądały wcześniej moje doświadczenia z lekarzami.
Ludzie słuchają tylko do momentu, w którym kończy im się czas.
Rozmowa trwała prawie trzy godziny.
A ja i tak wyszłam z poczuciem, że nie powiedziałam wszystkiego.
Że we mnie nadal zostało więcej.
Więcej wspomnień.
Więcej lęku.
Więcej historii, które dopiero zaczęły się odsłaniać.
Najdziwniejsze było jednak to, że równocześnie obserwowałam samą siebie z boku.
Widziałam tempo własnych myśli.
Widziałam słowotok.
Widziałam tę dziwną mieszankę jasności i chaosu.
I wiedziałam, że tracę kontrolę.
Ale jednocześnie część mnie była tym zachwycona.
Jakby mózg nagle pracował szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby wszystko zaczynało się łączyć. Jakby świat nagle miał ukryty sens, który właśnie odkrywam.
To było prawie metafizyczne.
I bardzo przerażające…
W większości tej rozmowy próbowałam przekonać lekarza, żeby mnie jednak wypuścił. Ale ten lekarz i rozmowa z nim zasługuje na następny rozdział…