Była około ósma rano. Stałam półnaga w szpitalnej łazience i myłam się płynem do dezynfekcji przed cesarskim cięciem. Jeszcze chwilę wcześniej pytałam położną, czy mogę zrobić to spokojnie, skoro operację mam zaplanowaną dopiero na jedenastą. Odpowiedziała:
– Lepiej już się przygotować. Różnie bywa.

Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo „różnie”.

Nagle ktoś wszedł do sali i zawołał moje nazwisko.

– Już idziemy na cesarskie cięcie.

Pamiętam ten moment bardzo dokładnie. Szok. Jak to już? Przecież miało być o jedenastej. Przecież mojego męża jeszcze nie ma. Przecież musi dojechać z Bemowa na Mokotów w porannych korkach.

Pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do niego.

– Biorą mnie. Teraz. Szybko przyjeżdżaj.

Byłam już kompletnie spanikowana. Zaczęłam szybko ubierać się w tę szpitalną koszulę. Nagle okazało się, że muszę jeszcze spakować swoje rzeczy, bo przecież po operacji miałam być przewieziona na inną salę, a normalnie wszystkim miał zająć się mój mąż. Problem polegał na tym, że jego tam jeszcze nie było.

Wokół słyszałam tylko:
– Szybko, szybko, doktor już czeka.

Do dzisiaj pamiętam ten chaos. Człowiek nagle przestaje być osobą, która spokojnie przygotowuje się do porodu. Staje się pacjentką przesuwaną między kolejnymi etapami procedury.

Wzięłam tylko telefon. Nawet zapomniałam zdjąć majtek, które przecież przed operacją powinny być zdjęte.

I poszłam na blok porodowy.

Tam podłączyli mi kroplówkę z antybiotykiem przed operacją. Siedziałam spanikowana i zastanawiałam się tylko nad jednym: czy mój mąż zdąży dojechać. Wiedziałam, że miał być przy mnie. Tak było ustalone. A ja nagle zostałam wrzucona w sytuację, która kompletnie wymknęła się planowi.

Na szczęście personel był naprawdę wspaniały. Anestezjolog bardzo spokojny i sympatyczny. Pielęgniarki też. Absolutnie nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. W takim momencie człowiek bardzo potrzebuje normalnego ludzkiego tonu i oni mi go dali.

Sama sala operacyjna zrobiła na mnie wręcz fascynujące wrażenie. Serce waliło mi chyba dwieście na minutę, ale jednocześnie miałam takie irracjonalne poczucie: „o Boże, to się naprawdę dzieje”. Za chwilę miałam urodzić dziecko. I jednocześnie ktoś miał rozciąć mi brzuch. Dopiero wtedy chyba naprawdę dotarło do mnie, czym właściwie jest cesarskie cięcie.

Samego znieczulenia bałam się najmniej. W życiu miałam już kilka punkcji lędźwiowych, więc wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Nakłucie było praktycznie bezbolesne.

Za to uczucie rozchodzącego się znieczulenia było bardzo dziwne. I szczerze mówiąc – nawet fascynujące. Najpierw poczułam mrowienie w pośladkach. Potem położyłam się na stole operacyjnym i zaczęłam stopniowo przestawać czuć nogi.

Pamiętam, że jedyne o co wtedy zapytałam anestezjologa, to czy na pewno sprawdzi, czy znieczulenie działa. Bardzo bałam się, że zaczną operację, a ja będę czuła ból 😀 Sprawdzał to kilka razy jakimś zimnym płynem i sprayem. To mnie trochę uspokoiło.

Mimo wszystko cały czas miałam w głowie jedną myśl:
„zaraz ktoś zacznie mnie ciąć, a ja będę przytomna”.

No i zaczęła się sama operacja.

Doktora znałam już wcześniej. Rezydenta też, bo przyjmował mnie dzień wcześniej na oddział. To pomagało. Czułam, że jestem wśród ludzi, których już kojarzę. Atmosfera była naprawdę dobra. Personel był spokojny, sympatyczny i bardzo ludzki.

I nagle wszystko przyspieszyło.

Mam wrażenie, że od momentu rozcięcia mnie do momentu wyjęcia Klary minęła dosłownie sekunda. A potem usłyszałam jej płacz. Jeszcze na rękach lekarza. Nad moim brzuchem.

I to był najpiękniejszy moment początku mojego macierzyństwa.

Naprawdę.

Później zabrali ją na badania i pomiary, a ja leżałam z głową przechyloną w bok i tylko ją obserwowałam. Kompletnie przestało mnie interesować, co dzieje się po drugiej stronie parawanu, w moim brzuchu. Lekarze mogli tam robić cokolwiek, a ja patrzyłam tylko na dziecko.

I jednocześnie cały czas stresowałam się, czy mój mąż zdążył dojechać.

Wiedziałam, że zaraz będzie kangurowanie. Bałam się, że nie zdąży na czas.

Pamiętam, że zapytałam anestezjologa, czy jest w stanie sprawdzić, czy mój mąż już dotarł do szpitala. To było bardzo miłe z jego strony, że poprosił kogoś, żeby to sprawdził. On jako jedyny przez całą operację dawał mi jakiekolwiek poczucie informacji i kontaktu z rzeczywistością.

Bo później zaczęło robić się dziwnie.

Operacja trwała dłużej niż zakładałam. Zaczęłam pytać lekarza, co się dzieje. Czy już zaszyli macicę. Czy wszystko jest w porządku. Odpowiadał spokojnie, typowo „po lekarsku”, że potrzebują jeszcze chwili, że wszystko kontrolują.

Ale ja leżałam bezbronna na stole operacyjnym i nie wiedziałam właściwie nic.

Potem usłyszałam:
– Pan doktor wzywa panią profesor na konsultację.

I pamiętam ten moment bardzo dokładnie.

Pomyślałam:
„Pani profesor chyba nie przychodzi na zwykłe cesarskie cięcia.”

A gdy usłyszałam:
– Pani profesor idzie się myć.

to już byłam pewna, że coś jest nie tak.

Nikt mi jeszcze wtedy nie powiedział o co chodzi. Musiałam sama dopowiadać sobie scenariusze. Bałam się, że chodzi o macicę. Że coś się stało. Że nie mogą mnie pozszywać. Że zaraz usłyszę coś strasznego.

Ostatecznie okazało się, że podczas operacji znaleziono dużą torbiel i endometriozę. Pani profesor zapytała mnie, czy wyrażam zgodę na usunięcie całego jajnika i jajowodu.

I pamiętam absurd tej sytuacji do dziś.

Leżę z otwartym brzuchem na stole operacyjnym i słyszę pytanie:
– Czy wyraża pani zgodę?

Odpowiedziałam:
– Oczywiście.

A w głowie pomyślałam tylko:
„A co ja właściwie mam teraz do powiedzenia?”

Jednocześnie poczułam ulgę, że nie chodzi o macicę. Że nie umieram. Że to „tylko” jajnik. Po operacji dowiedziałam się jeszcze, że macica krwawiła jak szalona i miałam krwotok położniczy. Straciłam ok. 1,2l krwi.

Ostatecznie udało się uniknąć usunięcia całego jajnika i całego jajowodu. Został fragment jajnika. Później mnie pozszywali i przewieźli na salę pooperacyjną, gdzie czekał już mój mąż z dzieckiem.

I co ciekawe – bardzo szybko wyparłam większość stresu z tej sali operacyjnej.

Dopiero dużo później dotarło do mnie, że przez moment naprawdę myślałam, że mogę umrzeć.

I że najbardziej przerażało mnie wtedy nie to, że umrę.

Tylko że nie zdążę pożegnać się ze swoim dzieckiem.

I wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze?

Dla mnie to wtedy nie był traumatyczny poród.

Naprawdę.

Nie płakałam po nim. Nie wspominałam go jako horroru. Wręcz przeciwnie – długo uważałam, że wszystko zniosłam całkiem dobrze. Dopiero później psychiatrzy zaczęli mi tłumaczyć, że dla osoby z tak ogromną potrzebą kontroli i wiedzy medycznej o własnym stanie zdrowia ta operacja mogła być bardzo silnie traumatyzująca.

I chyba mieli rację.

Bo największym problemem nie był sam ból ani operacja.

Najgorsze było to, że nikt nie mówił mi na bieżąco, co się dzieje.

Nawet gdyby to były złe informacje, wolałabym je usłyszeć, niż leżeć przytomna na stole operacyjnym i próbować składać rzeczywistość z urwanych zdań, półszeptów i pojedynczych słów słyszanych nad własnym brzuchem.

Mój mózg próbował analizować wszystko:
dlaczego operacja trwa tak długo,
po co wołają profesor,
dlaczego jeszcze mnie nie zszyli,
czy chodzi o macicę,
czy dzieje się coś zagrażającego życiu.

Dzisiaj myślę, że mój organizm został tą sytuacją straumatyzowany, nawet jeśli moja świadoma część próbowała zachować spokój.

I absolutnie nikogo za to nie winię. Personel był naprawdę dobry i życzliwy. Po prostu chyba nie bez powodu ludzi usypia się do większości operacji.

Bo organizm chyba nie jest stworzony do leżenia przytomnie przez półtorej godziny z otwartym brzuchem i słuchania rozmów nad sobą.

Najzabawniejsze jest to, że pod koniec operacji dostałam chyba jakiś lek uspokajający, bo zrobiłam się wyjątkowo „wyluzowana”. Pamiętam nawet, że zażartowałam do anestezjologa:
– Te operacje to są jednak nudne. Chyba dlatego usypia się pacjentów, bo inaczej umarliby z nudów. 😀

I naprawdę wtedy tak pomyślałam.

Dopiero dużo później zrozumiałam, że człowiek w ogromnym stresie czasem zachowuje się zupełnie normalnie.
A organizm pamięta wszystko i odreagowuje dopiero później.